facebook
Audiobook:
O Janku przyjacielu młodzieży
autor: Maria Kączkowska
odcinek 33: Zadanie życia spełnione


W Waszych intencjach modlimy się codziennie
o godzinie 15:00 w Sanktuarium
M.B.Wspomożycielki Wiernych w Szczyrku
O ustanie pandemii corona wirusa
Staszek
2020-05-29 10:06:03
W intencji wszystkich MAM
Ala
2020-05-29 10:04:41
Za Tomka z W
Piotr
2020-03-29 19:05:04
Blogi:
Agnieszka Rogala Blog
Agnieszka Rogala
relacje między rodzicami a dziećmi
Jak nie kochać dzieci.
Karol Kliszcz
pomiędzy kościołem, szkołą a oratorium
Bezmyślność nie jest drogą do Boga
Karol Kliszcz Blog
Łukasz Kołomański Blog
Łukasz Kołomański
jak pomóc im uwolnić się od uzależnień
e-uzależnienia
Andrzej Rubik
z komżą i bez komży
Tożsamość
Andrzej Rubik Blog
Maria Fortuna-Sudor Blog
Maria Fortuna-Sudor
na marginesie
Strach
Tomasz Łach
okiem katechety
Bóg jest czy nie jest?
Tomasz Łach Blog

Archiwum

Rok 2005 - październik
SŁÓWKO O KSIĘDZU BOSKO - Sen o misjach

ks. Marek Chmielewski SDB

strona: 23



Oratorium na Valdocco było sposobem księdza Bosko na zbawienie młodych ludzi. Ale pragnienie służenia Bogu nie miało u księdza Bosko granic. Jeszcze zanim założył Towarzystwo Salezjańskie, serce wyrywało mu się gdzieś daleko, gdzie czuł, że Bóg go potrzebuje. Pewnie dlatego uczył się hiszpańskiego, a potem brał do ręki gramatykę angielską. Niedoszłe zamiary uprzedził ks. Cafasso, spowiednik i zaufany przyjaciel: Nie, ty nie możesz pojechać na misje. Posłuchał, chociaż kosztowało go to bardzo dużo. O tym, jak dużo, wiedzieli nawet malcy z Oratorium. Czasem któryś z nich brał do ręki Roczniki Kongregacji Rozkrzewiania Wiary i biegł do księdza Bosko, aby przeczytał mu jakiś fragment. Wiedzieli, że nie wytrzyma, że znów odezwie się w nim duch misjonarza. Opowiadał wtedy o Patagonii, o Ziemi Ognistej, o ludach zapomnianych, biednych, opuszczonych przez wszystkich. Wtedy też brał chętnie atlas do ręki i głęboko wzruszał się, dotykając konturów krajów, do których nie dotarli jeszcze misjonarze. A po nocach śnił o... misjach.

To właśnie sen sprawił, że jego salezjanie ruszyli na misje. Ksiądz Bosko śnił kiedyś zastępy nieznanych walecznych Indian, śnił ich ziemię, ich wojownicze nastroje. We śnie zobaczył też grupkę misjonarzy, która nieświadoma niczego podążała w kierunku nieznanych barbarzyńców, na pewną śmierć. Wtem w misjonarzach rozpoznał swoich salezjanów. Chciał ich przestrzec, ale Indianie niespodziewanie odłożyli broń. Pewnie na widok różańców w dłoniach nieznanych przybyszów. Kto inny snem by się pewnie nie przejął, ale nie ksiądz Bosko. Poszły w ruch atlasy, mapy i książki. Wypytywał o wszystko spotykanych misjonarzy. Swoich Indian szukał w Etiopii, Chinach, Indiach i Australii. Niespodziewanie odnalazł ich w Argentynie. Biskup z Buenos Aires zaprosił salezjanów, aby otwarli w jego mieście dwa dzieła wychowawcze. Prośbę poparł konsul argentyński z Savony. To on też przeważył szalę wątpliwości księdza Bosko, kiedy w opisywanych mu Indianach ze snu odnalazł rysy indios znad Rio Colorado e Rio Grande w Patagonii.

Wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Podjęto decyzję o wyjeździe misjonarzy do Argentyny. Pierwszą grupę żegnano 11 listopada 1875 r. w Turynie, w bazylice Wspomożycielki Wiernych. Po miesiącu byli na miejscu. Nie ruszyli od razu do indios, ale cierpliwie pracowali według zasad strategii misyjnej księdza Bosko. Najpierw otworzyć szkolę, internat, warsztaty, oratorium, a jeśli trzeba – publiczną kaplicę. W szkole będą uczyć się dzieci indios. Wychowani na chrześcijan i obywateli powrócą do swoich pobratymców z Ewangelią. Tak Ameryka nawróci Amerykę! Jak we Włoszech, tak w Ameryce wychowanie stać się miało drogą ewangelizacji.

Sen misyjny, przekuty w strategię działania misyjnego, przyniósł szybkie owoce. Dosłownie na łożu śmierci ksiądz Bosko odebrał telegram o przybyciu salezjanów do Quito. W pięciu krajach Ameryki Łacińskiej – Argentynie, Urugwaju, Brazylii, Chile, Ekwadorze – pracowało już wtedy 150 salezjanów i 50 salezjanek.