facebook
Audiobook:
O Janku przyjacielu młodzieży
autor: Maria Kączkowska
odcinek 33: Zadanie życia spełnione


W Waszych intencjach modlimy się codziennie
o godzinie 15:00 w Sanktuarium
M.B.Wspomożycielki Wiernych w Szczyrku
Za Tomka z W
Piotr
2020-03-29 19:05:04
Proszę o modlitwę w intencji mojego taty - aby szybko wrócił do zdrowia. Jest po ciężkiej operacji i w stanie zagrażającym życiu.
Krzysztof
2020-02-15 22:26:08
Proszę Boga Ojca w imię Pana Jezusa za wstawiennictwem Matki Najświętszej o opiekę od zła, szczęśliwą podróż i błogosławieństwo we wszystkich sprawach dla rodziny Jana.
Jan
2020-01-29 13:28:49
Blogi:
Agnieszka Rogala Blog
Agnieszka Rogala
relacje między rodzicami a dziećmi
Jak nie kochać dzieci.
Karol Kliszcz
pomiędzy kościołem, szkołą a oratorium
Bezmyślność nie jest drogą do Boga
Karol Kliszcz Blog
Łukasz Kołomański Blog
Łukasz Kołomański
jak pomóc im uwolnić się od uzależnień
e-uzależnienia
Andrzej Rubik
z komżą i bez komży
Tożsamość
Andrzej Rubik Blog
Maria Fortuna-Sudor Blog
Maria Fortuna-Sudor
na marginesie
Strach
Tomasz Łach
okiem katechety
Bóg jest czy nie jest?
Tomasz Łach Blog

Archiwum

Rok 2009 - październik
GDZIEŚ BLISKO. To był rok cudów

ks. Andrzej Godyń SDB

strona: 11



Irek trafił na pogotowie opiekuńcze w wieku 14 lat. Musiał się zgłosić na komisariat policji, bo mama po eksmisji zostawiła go u kolegi. Od tamtego czasu jej nie widział. Ojciec nie żyje od jedenastu lat, a starsza siostra, po kłótni z matką, wyprowadziła się z domu.

Irek mówi, że w placówce zaczęło się zmieniać, kiedy przyszli salezjanie. „Bo wcześniej to było Pogotowie Opiekuńcze, a teraz jest Dom Młodzieży. Na początku nie lubiliśmy księży i baliśmy się ich. Później było lepiej. A teraz to ich normalnie kochamy.”

Zapytany o to, co się zmieniło, ks. Wiesław Psionka odpowiada dyplomatycznie: „Unikamy takich porównań. Staramy się nie mówić było tak, a jest tak. Po prostu robimy swoje”. Ks. Wiesław i ks. Leszek Zioła przybyli do Pogotowia Opiekuńczego przy ulicy Wojska Polskiego w Poznaniu w lipcu 2008 r., po tym, jak salezjanie wygrali konkurs Urzędu Miasta na prowadzenie placówki. Zmiany, o których nie za bardzo chce mówić ks. Wiesław są jednak widoczne gołym okiem. Na zewnątrz zmienił się wygląd (dom pomalowano, powstał ogród), wewnątrz klimat. „Nie zamykamy drzwi na klucz, zdejmujemy liczne kraty, bo to nie więzienie. Drzwi na podwórko są otwarte, a ucieczek wcale nie ma więcej. Przeciwnie.”

Jednak na początku różowo nie było. Nieufność dzieci, niepewność pracowników i wychowawców, co do przyszłości. Wiadomo było, że dla salezjanów religia będzie ważna, więc wszyscy czuli niepokój. „Na początku w ogóle nie rozmawialiśmy z księżmi. Myśleliśmy, że codziennie będą nam kazali chodzić do kościoła” – mówi Hubert, dla którego wiara dotychczas raczej nie była przewodnim motywem życia. Jego historia jest typowa: rozwód rodziców, więzienie ojca, którego ostatni raz widział dwanaście lat temu. Potem wagary, picie, używki. Ale od zeszłorocznej salezjańskiej pielgrzymki na Jasną Górę zaczął się modlić. I spokojniej rozmawiać z mamą.

„Nasza propozycja jest otwarta, nie ma przymusu – mówi ks. Wiesław – Modlitwy wieczorne, niedzielna eucharystia, sakrament pokuty, celebrowanie uroczystości salezjańskich. Bardzo ładnie przygotowali się do uroczystości św. Jana Bosko. Dla nas wielką radością było to, że dziesięcioro wychowanków poszło do spowiedzi. Było też przygotowanie do I Komunii świętej z okazji Święta Rodziny. Jeden z chłopców przyjął chrzest, a dwie dziewczyny sakrament bierzmowania. Gdzie indziej na pewno by do tego nie doszło. Z parafią wielkiego kontaktu nie mieli”.

Salezjańska metoda wychowawcza to, oprócz religii i szkoły, także dom i zabawa, dlatego piwnice domu zostały przeznaczone na pracownie plastyczną i muzyczną, powstała siłownia, sala fitnes i komputerowa. Ale największą wprowadzoną przez salezjanów atrakcją stały się wycieczki. Dzieci były w Gdańsku, Słupsku, Zakopanem, Rabce i Szklarskiej Porębie, uczestniczyły w warsztatach teatralnych i „obozie przetrwania”. Szczególnie ważne okazały się warsztaty taneczne z młodzieżą z Litwy w Aleksandrowie Kujawskim. Chłopcy dojrzewali w oczach, ucząc się kulturalnych zachowań i przełamywania barier. Kiedy uczestniczyli w pielgrzymce na Jasną Górę salezjanie i wolontariusze zastanawiali się, ile dni wytrzymają: dwa, trzy? A tak chłopcy i jak dziewczęta doszli do końca.

Obecność wolontariuszy, to kolejna wprowadzona przez salezjanów nowość. Wprawdzie już wcześniej studenci odbywali tu praktyki, ale, jak mówi ks. Wiesław, różnica między wolontariuszem a praktykantem jest taka, że wolontariusz przychodzi, żeby być, praktykant żeby odbyć. W ciągu roku pomagali dzieciom w nauce, byli partnerami na kursie tańca, animatorami liturgii podczas niedzielnej eucharystii. W wakacje szli razem z nimi w Salezjańskiej Pielgrzymce Ewangelizacyjnej. Kasia i Radek wolontariuszami zostali dość przypadkowo. Raz na jakiś czas przyjeżdżali odwiedzać księży. „No i ksiądz Wiesiek nas wrobił – opowiada Kasia. – Trochę baliśmy się jak to będzie, ale zgodziliśmy się. Zaczęliśmy przyjeżdżać raz na dwa tygodnie, a potem to już nie mogliśmy przestać. Kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy Radek – mój narzeczony – po prostu poszedł grać z Tymoteuszem na gitarze. Zaczęła się rozmowa, a potem przyjaźń. Później dzieciaki już zawsze na nas czekały. Jak przyjeżdżaliśmy do Domu Młodzieży obściskiwały nas, wieszały się na szyi, aż łza się kręciła w oku, że tak za nami tęsknią. Zaczynaliśmy od prostych rzeczy: szłam z dziewczynami na zakupy, na kręgle, do parku. Na początku rozmowy były trochę drętwe, płytkie, typu „co słychać”. A potem się otwierały. Mówiły wszystko: co przeszły, jakie mają problemy, kto z kim zerwał. Pytały np. czy sypiam z Radkiem, „bo u księży to chyba tak głupio?” No to mówię, że nie i że dla nas jest ważne, że najpierw musi być sakrament małżeństwa, no i zaraz cała rozmowa na ten temat. Widzieliśmy, jak działa Duch Święty.”

Pytany o receptę na wychowanie ks. Wiesław odpowiada: „Jesteśmy z nimi! Oni mają ogromny deficyt rodziny, zwłaszcza ojca”. Opowiada historię Staśka: „Zachowywał się fatalnie. W szkole nie prowadził zeszytów, przeszkadzał, ubliżał, wychodził z lekcji... Kilka interwencji: rozmowa, jakiś wjazd na ambicję, jedna, druga spowiedź. I co? Najlepszy uczeń w szkole! Wierzyć się nie chce. Kiedy wprowadzaliśmy pracę na rzecz domu wykręcali się i śmiali. Teraz ze wszystkim do nas przychodzą: księże zróbmy, księże wyjedźmy… To nie są te same dzieci. To był rok cudów.”