facebook
Audiobook:
O Janku przyjacielu młodzieży
autor: Maria Kączkowska
odcinek 33: Zadanie życia spełnione


W Waszych intencjach modlimy się codziennie
o godzinie 15:00 w Sanktuarium
M.B.Wspomożycielki Wiernych w Szczyrku
O ustanie pandemii corona wirusa
Staszek
2020-05-29 10:06:03
W intencji wszystkich MAM
Ala
2020-05-29 10:04:41
Za Tomka z W
Piotr
2020-03-29 19:05:04
Blogi:
Agnieszka Rogala Blog
Agnieszka Rogala
relacje między rodzicami a dziećmi
Jak nie kochać dzieci.
Karol Kliszcz
pomiędzy kościołem, szkołą a oratorium
Bezmyślność nie jest drogą do Boga
Karol Kliszcz Blog
Łukasz Kołomański Blog
Łukasz Kołomański
jak pomóc im uwolnić się od uzależnień
e-uzależnienia
Andrzej Rubik
z komżą i bez komży
Tożsamość
Andrzej Rubik Blog
Maria Fortuna-Sudor Blog
Maria Fortuna-Sudor
na marginesie
Strach
Tomasz Łach
okiem katechety
Bóg jest czy nie jest?
Tomasz Łach Blog

Archiwum

Rok 2008 - listopad
GDZIEŚ BLISKO. Taki dom

Małgorzata Tadrzak-Mazurek

strona: 10



Dom, jak dom. Dwie kondygnacje. Na pierwszej jadalnia z aneksem kuchennym i pokoje dzieci. Na górze salon z telewizorem i zachęcającą do odpoczynku sofą i też pokoje dzieci. Przy każdym pokoju łazienka. Na korytarzach równo poukładane rządki dziecięcych butów. Sporo ich. Na jednym z łóżek ułożona do snu lalka, do złudzenia przypominająca prawdziwe niemowlę. Nie przykryta, bo właścicielka uznała, że dość ciepło dziś i nie zmarznie. Jakoś tylko nie można zauważyć sypialni rodziców…

Niestety w tym domu sypialni rodziców brak. Bo to dom dziecka. Choć inny niż zwykły się kojarzyć tego rodzaju placówki. Po pierwsze prowadzą go salezjanie, po drugie przebywa w nim tylko dwanaścioro dzieci, zatem łatwiej stworzyć domowe warunki. Wszystkie mieszkające tu dzieci mają rodziców, ale z różnych przyczyn nie mogą z nimi mieszkać. Fachowo określa się taką sytuację sieroctwem społecznym.

Popołudnie w domu
Adrian opowiada o siostrze, która jeszcze nie wróciła z zerówki. W domu jest najmłodsza i jak to bywa z najmłodszymi w rodzinie, jest „oczkiem w głowie” pozostałego rodzeństwa. To w jej łóżku czeka na nią, ułożony pieczołowicie przed wyjściem, bobas. Pokój dzieli z Beatą, która właśnie dziś świętuje swoje osiemnaste urodziny. Szykuje się wielka feta. Na 35 osób! Nawet ja zostałam zaproszona (i do tej pory żałuję, że z zaproszenia nie mogłam skorzystać). Beata już wróciła ze szkoły i zdaje się, że pierwsze przygotowania do urodzin poczyniła, bo słyszę ks. Mariusza Słomińskiego – dyrektora salezjańskiej wspólnoty św. Józefa w Szczecinie, prowadzącej szkoły salezjańskie, bursę dla kilkuset uczniów i właśnie dom dziecka – jak mówi: „Beatka, a co ty masz na tych paznokciach, pokaż no je zaraz?!” Beata wyciąga dłonie, zupełnie nie skonfundowana, za to wyraźnie dumna. Od razu z Elżbietą Szymanek – wychowawczynią-koordynatorką domu dziecka (a właściwie Socjalizacyjnej Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej przy Wspólnocie Salezjańskiej pw. św. Józefa, bo tak brzmi oficjalna nazwa) – stajemy w jej obronie. Bo paznokcie są naprawdę piękne! Delikatnie przystrojone koralikami. Ktoś się musiał porządnie nad nimi napracować, ale okazja rzeczywiście jest nie byle jaka. Niech na wieczór zostaną. Ma być przecież tylu gości, na czele z jej chłopakiem i ciocią z Poznania, poza tym zaczął się weekend, a do poniedziałku, zanim pójdzie do szkoły, zdąży pousuwać ozdoby. Nie ma zresztą czasu na dalszą dyskusję o paznokciach, bo kolejne dzieci wracają ze szkoły. Przyszli też pierwsi goście z prezentami. Tacy „swojscy” goście, którzy mają pomóc w przygotowaniu przyjęcia – wolontariusze (głównie studenci pedagogiki) zaprzyjaźnieni od dawna z wychowankami i systematycznie pomagający im w lekcjach.

Po co nam szkoła
„Ta pomoc jest niezmiernie ważna – tłumaczy pani Elżbieta – bo dzieci są uzdolnione, ale niektóre mają wiele zaległości, a przede wszystkich brak motywacji do nauki. To chyba największy problem wychowawczy, z jakim się borykamy. Zachęcenie ich do nauki i ukazanie sensu podejmowanych w tym kierunku wysiłków, to obok troski o ich zdrowie (na tym polu niestety też są ogromne zaległości), chyba priorytet naszych działań”. „Ale efekt wysiłków już widać – dodaje ks. Mariusz – na przykład Beata robi w tym roku maturę i będzie zdawać na farmację, a i pozostałe dzieci radzą sobie coraz lepiej, choć rzecz jasna kłopoty się nie skończyły”.
Dzieci w czasie całej naszej rozmowy, nie odstępują nas na krok, chłopcu, który właśnie wrócił ze szkoły wychowawczyni każe zmienić bluzę, bo „brudna jak święta ziemia”, jedna z dziewczynek przez cały czas przytula się do pani Eli, któreś z dzieci szarpie za rękaw ks. Mariusza, ktoś inny pyta wychowawczynię, czy pożyczy mu 25 zł, a ta z cierpliwością przypomina dlaczego dostaje kieszonkowe w ratach, a nie całe od razu (wydawał wszystko jednego dnia). Tylko Mirela coś tam klika przy komputerze, nie zwracając na nas uwagi. No, ale Mirela jest już dorosła, skończyła 18 lat, trudno więc spodziewać się po niej zachowań podobnych do młodszych dzieci. Za to reszta towarzyszy nam nawet wtedy, gdy ks. Mariusz oprowadza mnie po całym wielkim salezjańskim obiekcie, podpowiadając co powinnam jeszcze zobaczyć. „Do tej klasy, proszę księdza, do tej, niech ksiądz panią zaprowadzi, bo tu ma lekcję Michał, jeszcze Michała pani nie poznała”. Bo część dzieci chodzi do szkoły na miejscu, a jest w czym wybierać, bo salezjanie prowadzą tu szkołę podstawową, gimnazjum, liceum, technikum i szkołę zawodową. To komfortowa sytuacja, bo możliwa jest bardzo ścisła współpraca wychowawców z domu dziecka z nauczycielami. A jest ona konieczna, bo nawet tu, w szkołach salezjańskich, nauczyciele nie do końca zdawali sobie sprawę ze specyfiki wychowywania dzieci osieroconych i źródła ich problemów w nauce, a tym samym sposobów pomocy.

Nie mogę być twoją mamą
Dzieci czują się tutaj bardzo swobodnie, bezpiecznie i u siebie. Nie oznacza to jednak wcale, że wchodzą wychowawcom na głowę. Są jasno ustalone zasady, stawiane wymagania. Jak w zdrowej rodzinie. Bywa od czasu do czasu, choć niezbyt często, że na ich straży musi stanąć ks. Mariusz, jako ostatnia instancja (ostoja męskiego autorytetu), bo wychowawczynie (podobnie jak mamy w rodzinie) są o wiele bardziej wrażliwe i skłonne do ustępstw. Wychowanie idzie więc pełną parą. Także dlatego, że jak kilkakrotnie podkreśla pani Elżbieta „dostały nam się naprawdę wspaniałe dzieci.”
Tam, gdzie się da, podejmowana jest także współpraca z rodzicami dzieci. Dzieci wiedzą, że tu są tylko wychowawcy, którzy ich kochają, akceptują, poświęcają im uwagę i czas, ale nie są to ich rodzice. Bo rodzice są gdzie indziej. W tej chwili nie mogą się nimi zajmować, ale są. A praca domu dziecka, polega także na próbach socjalizacji biologicznej rodziny podopiecznych (oczywiście, jeśli rodzice nie są pozbawieni praw rodzicielskich) tak, żeby była gotowa na przyjęcie dzieci z powrotem. Bywa, że nie jest to możliwe nigdy, ale nie wolno rezygnować z dążenia do tego, ani tracić nadziei. Tym bardziej, że w domach dziecka sierot naturalnych (to znaczy takich, których rodzice nie żyją) właściwie nie ma.

●●●
Salezjański Dom Dziecka, przy ul. Ku Słońcu w Szczecinie, zdecydowanie różni się od innych domów dziecka, o których dość często ostatnio informują media w kolejnych coraz to bardziej dramatycznych doniesieniach. Zresztą, właśnie dlatego salezjanie zdecydowali się otworzyć taką placówkę, że była ogromna potrzeba tego typu instytucji, a poza tym, jak wyjaśnia ks. Mariusz Słomiński: „było to jak najbardziej zgodne z naszym salezjańskim charyzmatem, a właściwie jego esencja – pomoc najbardziej potrzebującej młodzieży”. Dokładnie, jak za czasów księdza Bosko.