facebook
Audiobook:
O Janku przyjacielu młodzieży
autor: Maria Kączkowska
odcinek 33: Zadanie życia spełnione


W Waszych intencjach modlimy się codziennie
o godzinie 15:00 w Sanktuarium
M.B.Wspomożycielki Wiernych w Szczyrku
Za Tomka z W
Piotr
2020-03-29 19:05:04
Proszę o modlitwę w intencji mojego taty - aby szybko wrócił do zdrowia. Jest po ciężkiej operacji i w stanie zagrażającym życiu.
Krzysztof
2020-02-15 22:26:08
Proszę Boga Ojca w imię Pana Jezusa za wstawiennictwem Matki Najświętszej o opiekę od zła, szczęśliwą podróż i błogosławieństwo we wszystkich sprawach dla rodziny Jana.
Jan
2020-01-29 13:28:49
Blogi:
Agnieszka Rogala Blog
Agnieszka Rogala
relacje między rodzicami a dziećmi
Jak nie kochać dzieci.
Karol Kliszcz
pomiędzy kościołem, szkołą a oratorium
Bezmyślność nie jest drogą do Boga
Karol Kliszcz Blog
Łukasz Kołomański Blog
Łukasz Kołomański
jak pomóc im uwolnić się od uzależnień
e-uzależnienia
Andrzej Rubik
z komżą i bez komży
Tożsamość
Andrzej Rubik Blog
Maria Fortuna-Sudor Blog
Maria Fortuna-Sudor
na marginesie
Teraz!
Tomasz Łach
okiem katechety
Bóg jest czy nie jest?
Tomasz Łach Blog

Archiwum

Rok 2014 - wrzesień
Znaleźć drogę do ich serca

Michalitki

strona: 14



Wychowanie jest sztuką, ale bez wiary trudno to osiągnąć – mówi siostra Dolores Mermer, inspektorka do spraw wychowania, dyrektorka Katolickiej Placówki Wychowawczej ,,Nasz Dom’’ w Miejscu Piastowym, która kontynuuje wielkie tradycje wychowawcze bł. Bronisława Markiewicza.

Znaleźć drogę do serca

– Kiedyś do naszych placówek trafiały w większej liczbie sieroty naturalne, dziś niestety przeważają sieroty społeczne. Dziewczynki z rodzin niepełnych, zagrożonych patologiami – mówi s. Dolores, podkreślając, że niemal każde dziecko wchodzi do „Naszego Domu” z wielkim bagażem dramatów i problemów, które trudno ogarnąć nawet dorosłemu człowiekowi. Znakiem czasu jest to, że do „Naszego Domu” trafia coraz więcej dzieci z domów zastępczych, które nie chcą zajmować się dziećmi szczególnie trudnymi. – Nawet w naszej działalności to prawdziwy dramat. Te dzieci niosą ze sobą bagaż odrzucenia, ale, jak mówili ks. Bosko i ks. Markiewicz, trzeba odkryć w dziecku jego nieprzebrane piękno i pokazać mu, że jest potrzebne, a Pan Bóg ma plan na jego życie. Znaleźć drogę do jego serca to zadanie wychowawców – podkreśla siostra Dolores.

Praca duchowa

– Najpierw trzeba zaspokoić ich potrzeby duchowe – mówi s. Dolores. Zaczyna się od modlitwy. Dla wielu dziewcząt modlitwa jest czymś nowym, zapomnianym lub odrzuconym. – Decyzja o powrocie do wiary spoczywa na samych wychowankach – przypomina siostra. Modlitwa daje refleksję, chwilę zastanowienia się nad własnym życiem, wiara przywraca system wartości. – A nasza praca polega między innymi na zbudowaniu systemu wartości, wokół którego dziewczęta zbudują potem swoje życie – dodaje.
Wychowanki mają w sobie piękno i dobro. Trzeba je czasem odświeżyć, wskazać opokę, na której powstaje nowe życie. – Zbudowanie przekonania o własnej wartości tych dziewcząt to jedno z najważniejszych naszych zadań. One muszą uwierzyć, że są kochane, potrzebne, że mogą w życiu wiele osiągnąć – podkreśla siostra Dolores.
To nie jest łatwa praca i nie przynosi od razu efektów. Zdarzają się przypadki ucieczek. Ale i powrotów. Są wychowanki, które wracały nawet 11 razy. I wiedzą, że ktoś na nie czeka. – Wychowujemy własnym przykładem, własną osobowością – mówi siostra Dolores.

Praca nad sobą

W placówkach michalickich ważnym elementem jest praca. Dziewczęta same sprzątają, gotują, pieką. Praca jest ważnym elementem wychowania. To nabycie systematyczności i umiejętności, których dziewczęta nie mogły poznać we własnych rodzinach. To także nauka, bez której trudno myśleć o ułożeniu sobie życia. Do „Naszego Domu” trafiają dziewczynki od 10. roku życia, a jeżeli mają rodzeństwo, mogą być młodsze i przebywać w nim do 25. roku życia. A i potem opieka nad wieloma wychowankami się nie kończy. Bez pomocy
dziewczęta szybko się gubią pod bagażem codziennych kłopotów. Jednym z elementów takiej pomocy są spotkania wychowanek. To czas potrzebny dziewczętom i samym siostrom.

Wokół rodziny

Sytuacja rodzinna dziewcząt trafiających do michalickich placówek jest bardzo trudna. To rodziny często patologiczne, z których nie wynosi się nie tylko żadnych wartości, ale nawet podstawowych praktycznych życiowych umiejętności. Siostry uczą jednak pełnego szacunku dla rodziców, uczą, jak ważna i potrzebna jest rodzina, że te więzy nigdy nie zanikają i nie powinny zanikać. Na nowo budują świadomość dzieci, uczą odpowiedzialności za życie swoje i innych.
Jednym z elementów budowania takich relacji jest tworzenie kręgu rodzin zaprzyjaźnionych. W ciągu ostatnich 20 lat tą drogą przeszło około 100 rodzin. Wszystko zaczęło się od mecenasa Józefa Gudyki z Ropczyc. On też zrozumiał, jak ważne jest doświadczenie rodziny dla tych dziewcząt. Co roku znajdował kolejne osoby, które przyjmowały do siebie dziewczęta na wakacje. Były to zazwyczaj rodziny wielopokoleniowe, gdzie wychowanki zaznawały doświadczenia wspólnego życia.
W tej chwili to już niemal instytucja, ważny element społecznej terapii. Ze wszystkich domów prowadzonych przez siostry michalitki zjeżdżają się do Ropczyc wychowanki. Tu spotykają się z rodzinami, które zgodziły się je przyjąć, i stąd zabierają je na trzytygodniowe wakacje. W połowie tego czasu znów się wszyscy spotykają, aby wymienić doświadczenia, wesprzeć kogoś w trudnej sytuacji, dla wspólnej modlitwy.
– To musi być przykład normalnego życia w rodzinie i to widać, jak dziewczęta oraz „wujkowie” i „ciocie” uczą się wzajemnych relacji. Jak rozwijają się duchowo – podkreśla siostra Dolores.
Bardzo często kontakty między rodzinami a wychowankami utrzymywane są dalej. Rozciągają się na święta, a nawet rodzinne uroczystości. – I naj¬piękniejsze jest to, jak w dziewczętach dojrzewa uczucie miłości, pragnienie rodziny. To wspaniałe uczucie – opowiada siostra Dolores.
Jednak bywają sytuacje, że tym dzieciom już nie można pomóc. – Ale wte-dy najważniejsze jest okazanie dziewczętom, że nigdy ich nie odrzucamy, że zawsze mogą na nas liczyć. I nigdy nie rezygnujemy z pomocy. Jeżeli można uratować choć jedną duszę, zawsze warto próbować – kończy siostra Dolores. ■


Paulina Misiarz, wychowanka „Naszego Domu”

Pobyt w Katolickiej Placówce Wychowawczej „Nasz Dom” jest dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem życiowym. Gdy tam trafiłam miałam 14 lat, byłam zagubiona i zbuntowana. Poczucie własnej wartości dążyło do zera, a szczytem ambicji było farbowanie włosów lub zrobienie szóstej dziurki w uchu.
Dopiero wielogodzinne rozmowy z siostrami Dolores Mermer, Michałą Lysko, Lidią Gumienny, Małgorzatą Bąk i wielu innymi, skłoniło mnie do refleksji i szerszego spojrzenia na otaczający świat. To dzięki siostrom zrozumiałam, że mogę moje życie przeżyć zupełnie inaczej niż wedle „wzorca” wyniesionego z domu.
Kolejnym ważnym odkryciem było dostrzeżenie, że prawdziwe piękno człowieka to nie jego aparycja, ale to, co ma w sobie, i ile z tego potrafi ofiarować drugiej osobie.
Kolejnym doświadczeniem tej bezinteresownej, siostrzanej miłości było dbanie o zdobycie przez nas wiedzy, rozwijanie talentów i zainteresowań. Pamiętam wiele wieczorów, podczas których przychodziła siostra, siadała przy biurku i pomagała nadrobić mi wszelkie zaległości. Często poświęcała swój wolny czas, rezygnowała z odpoczynku.
Pierwszym efektem tej współpracy było zdobycie świadectwa z wyróżnieniem w III klasie gimnazjum. Dziś studiuję prawo na UJ i jestem pewna, że byłoby to niemożliwe, gdybym nie otrzymała wtedy takiego wsparcia i pomocy. Uważam również, że dzięki siostrom mogę budować swoje życie na solidnym fundamencie, Bożym fundamencie i traktuję to jako dar, którym należy się dzielić z innymi.
To właśnie michalitki sprawiły, że uwierzyłam w siebie, poczułam się wartościowym człowiekiem i zaczęłam walczyć o własne marzenia. Jestem dumna z faktu bycia michalickim dzieckiem. ■